Rysunek rotmistrza Witolda Pileckiego (ze slajdów)PODHALE. Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich było inicjatorem upamiętnienia w skali narodowej Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych. Od sześciu lat 14 czerwca obchodzimy jako ich Dzień. To okazja, by wspomnieć choć kilka postaci Podhalan, którzy do końca życia nosili na przedramieniu obozowy numer.

Jerzy Bielecki Fot. Anna SzopińskaJerzy Bielecki

Jerzy Bielecki i Cyla Cybulska Fot. archiwalnaZmarłyJadwiga Apostoł-Staniszewska Fot. z archiwum Stanisława Apostoła 20 październikaStanisław Frączysty z najdroższą pamiątką -  listem, jaki wysłał do ojca z Oświęcimia Fot. Anna Szopińska 2011 r. Stanisław Frączysty z odznaczeniami przy strażackim mundurze Fot. Anna SzopińskaspoczywaObozowy numer na przedramieniu Stanisława Frączystego Fot. Anna Szopińska na nowotarskimStanisław Frączysty podczas rocznicy powstania chochołowskiego Fot. Anna Szopińska cmentarzu.
Przywieziony Władysław Szepelak z Nagrodą im. Oskara Kolberga Fot. Anna Szopińskapierwszymtransportem Doktor Wincenty Galica w otoczeniu przyjaciół-górali Fot. Anna Szopińskado Doktor Wincenty Galica w asyście Podhalańczyków Fot. Anna Szopińskaoświęcimskiego Rotmistrz Witold Pilecki jako więzień obozu (ze slajdów)obozu otrzymał Medal Pamiątkowy (ze slajdów)numer Pośrodku u góry - major Get-Getyński z Konfederacji Tatrzańskiej (ze slajdów)243. W lipcu 1944 r. wsławił się brawurową ucieczką z KL Auschwitz. W przebraniu esesmana, wyprowadził stamtąd swoją ukochaną – Żydówkę Cylę Cybulską. Był założycielem i honorowym prezesem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich, Honorowym Obywatelem Państwa Izrael. Odznaczony Medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata", Orderem „Polonia Restituta", w 2007 r. uhonorowany został przez Prezydenta RP Krzyżem Komandorskim. W ogrodzie instytutu Yad Vashem w Jerozolimie ma swoje drzewko oliwne.

W pamięć powojennego pokolenia wpisał się obszerną, autobiograficzną książką „Kto ratuje jedno życie. Opowieść o miłości i ucieczce z Obozu Zagłady". Obdarzony był nie tylko detaliczną pamięcią, ale i darem pasjonującego opowiadania, służył jako cudem ocalały świadek wojennej grozy dopóki starczyło mu sił. Słuchacze zawsze byli poruszeni. Tych spotkań – jak sam naliczył – odbyło się ok. 1.700. Wielu odnosiło niesamowite wrażenie, że w którymś momencie opowiadania przestaje on być tu i teraz, a przenosi się w tamten czas i tamte miejsca: znów jest w środku obozowego piekła, znów ryzykuje życiem, przechodząc przez bramę obozu w esesmańskim mundurze, znów – jako zbieg - kryje się w polach i stuka do ludzkich drzwi, prosząc o pomoc...

Jan Parcer – współtwórca Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich, powiedział o nim:

- Miał poczucie misji, a młodzież pod jego wpływem nagle zaczynała inaczej podchodzić do historii. Dziesiątki razy słuchałem jego opowieści, ale miał taki dar, że każde spotkanie było inne. Bolał nad tym, że w świecie mówi się o „polskich-obozach". Dlatego powołaliśmy Stowarzyszenie. Chrześcijańskie w nazwie, bo uważaliśmy, że żadnej ofiary Auschwitz nie można pominąć. To przecież największe polskie cmentarzysko II wojny. Jurkowi należy zawdzięczać, że zmobilizował byłych więźniów. Był bardzo aktywny. Uczestniczył w większości imprez. Do Oświęcimia przyjeżdżali w czwórkę: „dwa Józki" czyli Stós i Hordyński oraz Jurek z Wandą Tarasiewicz – wspaniałą kobietą z Nowego Targu, też więźniarką z pierwszego transportu. To był piękny człowiek, któremu Pan Bóg dał długie życie, a on umiał się tym życiem dzielić, przekazywać radość, optymizm.

Władysław Szepelak

Zmarły 27 lutego 2012 r., urodził się w roku 1924 r. w Zakopanem, a wychował w Bielance, gdzie matka odziedziczyła ziemię. Jako młody chłopak wstąpił razem z ojcem do Związku Walki Zbrojnej. W partyzanckim oddziale kpt. Wojciecha Bolesława Duszy „Szaroty" z Odrowąża służył do września 1943 r., kiedy gestapo otoczyło dom Szepelaków. Od kul zginęli wtedy babcia, ojciec i jeden z partyzantów. Władysław z matką i stryjem trafił do więzienia w Czarnym Dunajcu, potem do zakopiańskiej „katowni Podhala" – willi „Palace" i do więzienia Montelupich w Krakowie, a stamtąd do oświęcimskiego obozu. Partyzant z oddziału „Szaroty" cudem przetrwał gehennę Oświęcimia, Mauthausen i Ebensee w słynnej „dolinie śmierci". Doczekawszy wyzwolenia przez wojska amerykańskie, ważył 37 kilo, wycieńczone, poodmrażane ciało trawiła gruźlica.

Po leczeniu wyjechał na Ziemie Zachodnie, by w '51 roku jednak wrócić na Podhale. Zdobywszy kwalifikacje ciesielskie, murarskie, zbrojarskie, uprawnienia architektoniczno-budowlane – pracował przy budowie Nowej Huty i nowotarskiego kombinatu, kościołów i plebanii, szkół i ośrodków zdrowia.

Wiersze pisał od dziecka, lecz nie wszystkie utwory uchowały się do dziś. Miał na swoim koncie kilka tomików wierszy, spisał ok. 200 opowiadań i gawęd zasłyszanych od starszych ludzi, wydał też autobiograficzną książkę „Ja przetrwałem". Kanwą jego wierszy są głównie wojenne i okupacyjne przeżycia, wspomnienia, patriotyczne i religijne refleksje. Wiele utworów poświęca pamięci pomordowanych w latach wojny, wierszowane opowiastki i gawędy dedykuje dzieciom. Jest jednym z nielicznych bohaterów wojennych walk i obozowego męczeństwa, którzy jako żywe świadectwo tamtej grozy przychodzą do szkolnej młodzieży.

Za zasługi wojenne i bohaterskie czyny uhonorowano go m.in. Krzyżem Partyzanckim, Medalem Zwycięstwa i Wolności, Krzyżem Oświęcimskim, Medalem Maximilian Kolbe-Werk, Krzyżem Kawalerskim, Odznaką Weteranów Walk o Wolność i Demokrację w latach 1905-1945. Niedługo przed śmiercią otrzymał Nagrodę im. Oskara Kolberga.

Nim sam odszedł na wieczną wartę, pożegnał wszystkich kolegów, kurierów tatrzańskich: doktora Wincentego Galicę z Zakopanego, Józefa Hordyńskiego – skoczka i narciarskiego trenera (też z pierwszego transportu), Stanisława Frączystego z Chochołowa. Wszystkich ich łączyła serdeczna więź.

Jadwiga Apostoł-Staniszewska

(urodzona w 1913 w Nowym Targu, zmarła w 1990 r.), inicjatorka i działaczka Uniwersytetów Ludowych na Podhalu, pochodziła z artystycznego i patriotycznego domu przy ul. Królowej Jadwigi, który wkrótce po wybuchu wojny stał się punktem przerzutu przez Słowację i Węgry oficerów polskich zmierzających do armii polskiej we Francji. Gdy w 1941 r. do walki z Goralenvolkiem zostaje powołana Konfederacja Tatrzańska na czele z komendantem Augustynem Suskim, Jadwiga Apostoł zostaje sekretarzem Placówki Naczelnej.

Masowe aresztowania w styczniu 1942 r., po denuncjacji agenta gestapo Wegnera-Romanowskiego, dawnego kolegi Augustyna Suskiego, kończą działalność Konfederacji. Jadwidze udało się wtedy zbiec, ale – ukrytą w Bogdanówce - gestapo aresztowało w sierpniu tegoż roku, razem z Tadeuszem Popkiem. Po nieludzkim śledztwie Popek został rozstrzelany w Zakopanem, a Jadwiga Apostoł – zesłana do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. W obozach (po Oświęcimiu jeszcze w Ravensbruck i Malchov) przebywała do kwietnia 1945 r., kiedy udało się jej uciec z transportu w okolicach Lipska.

Była jedynym członkiem Placówki Naczelnej Konfederacji Tatrzańskiej, który przeżył wojnę. Suski i Get-Getyński zginęli w Oświęcimiu, Popek został rozstrzelany w Zakopanem, a por. Iwanicki poległ w Powstaniu Warszawskim – napisze potem o swojej ciotce Stanisław Apostoł.

Niedługo jednak cieszyła się wolnością, w lutym 1949 r. aresztowana ponownie – za działalność w Stronnictwie Ludowym - została skazana na 5 lat więzienia oraz utratę prawa do pracy w szkolnictwie. Po pół roku wyszła jednak z więzienia na mocy amnestii. Ale zakaz wykonywania zawodu i „długie ręce UB" utrudniały jej znalezienie pracy.
Swoje wspomnienia z heroicznego czasu Konfederacji Tatrzańskiej spisała w książce „Echa okupacyjnych lat", a obozowe przeżycie – w pozycji „Nim zbudził się dzień".

Stanisław Frączysty
urodzony w 1917 r., a zmarły w 2009 r. w Chochołowie, to legendarny kurier tatrzański na szlaku Chochołów-Budapeszt, żołnierz AK, więzień niemieckich więzień oraz obozów w Auschwitz i Buchenwaldzie, odznaczony m.in. Krzyżem Virtuti Militari.

Jak Wincenty Galica królował na kurierskim szlaku w Tatrach, tak on na przerzutowej trasie Kraków – Budapeszt, Budapeszt – Kraków. Przemierzył ją za okupacji 29 razy, przeprowadzając w kierunku południowym kilka grup żołnierzy konspiracji, którym groziło aresztowanie.

Głaz stojący dziś przy drodze Chochołów – Sucha Hora upamiętnia najsłynniejszy wyczyn z jego okupacyjnej historii: tędy 27 października 1941 r. przeprowadził z powrotem do kraju marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Ilu jeszcze ludzi dzięki niemu uniknęło aresztowania – nawet trudno zliczyć. O nazwiska nie pytał – lepiej było za dużo nie wiedzieć. Gdy w '93 roku odsłaniano ten kamień, żył jeszcze i był przy tym obecny inny człowiek-legenda Tatr czasów wojny: Stanisław Marusarz.

Trzech jego braci zginęło podczas wojny – jeden w oświęcimskim obozie, dwaj – na frontach.

Do rozpracowania „grupy chochołowskiej" przyczynił się niemiecki szpieg – Witalis Wieder, kapitan Związku Rezerwistów w Zakopanem, spełniając rolę taką samą, jak w Nowym Targu jego zastępca, rzekomy delegat ruchu oporu – Stanisław Wegner-Romanowski.

W samą rocznicę powstania chochołowskiego nadjechały od strony Zakopanego samochody z esesmanami. Spędzili wszystkich na plac obok placówki Grenzschutzu, gdzie dziś stoi szkoła, wiążąc po dwóch-trzech. Rozpoznanie było dokładne, przy nazwiskach podejrzanych – znaki. Prawie cała rodzina Frączystych (ojciec, matka i trzy siostry) pojechała do Zakopanego, tylko szwagrowi udało się skryć pod śniegiem. Gestapo zwolniło ich dopiero po trzech miesiącach.
Jeden z aresztowanych wiedział, że Stanisław przyszedł z Węgier i gdzie przemieszkuje. Wydał go na torturach. Niemcy podjechali pod plebanię „na trzeciej wsi", zakradli się w księżych ubraniach, zabrali go z mieszkania. Aresztowanego kuriera przewieziono na gestapo w Zakopanem, a po 5 tygodniach śledztwa – do Krakowa, na Montelupich. Ślady pobytu w więzieniach zostały mu do dziś. 26 marca 1942 r. był dniem wywózki do Oświęcimia.

W obozowym magazynie dotrwał do grudnia '44 roku, wtedy bowiem został przetransportowany do obozu w Buchenwaldzie, stamtąd – do jego filii w Weimarze, gdzie Niemcy produkowali ckm-y.

Po kilku tygodniach, korzystając z nieuwagi esesmana, wydostał się pod drutami i uciekł – w towarzystwie jednego Czecha i jednego Rosjanina. Przemykali się w kierunku Czech, lecz nie minęły 2 tygodnie, jak na pograniczu niemiecko-czeskim, w Sudetach, zostali złapani, wchodząc nieopatrznie w zgrupowanie wycofujących się wojsk niemieckich.
Uciekinierzy byli już w cywilnych ubraniach, więc ich nie rozpoznano jako zbiegów z obozu koncentracyjnego, ale że nie mieli żadnych dowodów tożsamości – odstawiono ich na policję, stamtąd – do Weimaru i z powrotem do Buchenwaldu...

Za drutami Stanisław Frączysty przesiedział do 9 kwietnia '45, kiedy do obozu weszli Amerykanie. Kto chciał wracać do Polski – miał na razie pozostać na miejscu, a kto nie chciał – mógł ruszyć w głąb Niemiec. Stanisław wybrał to drugie i z grupą byłych współwięźniów wkrótce znalazł się pod Monachium. Tam przemieszkiwał do końca listopada '46, ale zdążył nawiązać kontakt z rodziną. Matka, ojciec, trzy siostry, które przeżyły, pisali: „wracaj". Więc wrócił. I więcej nie opuszczał rodzinnej gazdówki, mimo, że komunistyczne władze nadto dobrze „pamiętały" o związanym z piłsudczykowskim podziemiem kurierze.

* * *

To tylko kilka sylwetek Podhalan. A nad nimi wszystkimi – heroiczna postać rotmistrza Witolda Pileckiego (być może wkrótce patrona nowego ronda w Nowym Targu) autora „Raportów Witolda", które zza drutów „planety Auschwitz" docierały na Zachód, by świadczyć o ludobójstwie.