chrzciny18NOWY TARG. Wsi spokojna, wsi wesoła… A gdy jeszcze na tę wieś zjeżdża się zewsząd familia na chrzciny małego Jasia – zapowiada się wręcz sielankowo. W co się jednak może zamienić ta sielanka – pokazali aktorzy Sceny Teatralnej MOK, w kapitalnej tragifarsie „Chrzciny” na kanwie tekstu Tomasza Schultza, w reżyserii Andrzeja Rozmusa.

Inspirator i opiekun nowotarskich aktorów amatorów wyjątkowo utrafił w ich gusta i predyspozycje, skoro przez prawie dwie godziny trwania spektaklu występujący bawili się równie dobrze jak widownia. A materiał do refleksji o polskiej obyczajowości i znakach czasu wszyscy dostali nielichy. Wykorzystany w „Weselu” Wyspiańskiego motyw zderzenia postaw, charakterów, osobowości, co służy pokazaniu problemów znacznie głębszych, a zwłaszcza naszych grzechów głównych – w „Chrzcinach” dowiódł swojej żywotności.

Jacy więc jesteśmy w krzywym zwierciadle obyczajowej satyry? Przede wszystkim uwikłani w grę pozorów, w przymus polskiego „zastaw się, a postaw się”. To nic, że Jasiu, synek Magdy – córki gospodarzy – urodził się jako dziecko nieślubne, a tatuś nawet nie przyjechał z Londynu na chrzciny. Chrzciny muszą być – i to huczne, a gości na nich wielu – z miasta i z zagranicy.

W tym już dziadka i babci głowa, żeby chrzciny były huczne. Magda oczywiście, mimo, że to ona urodziła – nie ma nic do gadania.

Zatem pojawia się cała familia – nobliwy Leoś, doktor filozofii, z dwiema żonami – pierwszą i drugą; Stanley zza Wielkiej Wody; dwójka młodych dziwaków (na razie singli). Zapobiegliwa babcia malutkiego Jasia razem z równie zapobiegliwym dziadkiem – chrzciny przygotowali godne, począwszy od rosołu ze swojskiej kury.

Tylko że rozmowa na sucho jakoś się nie klei… Westchnienia na temat pięknego kazania jakoś nie inspirują usadzonych przy stole. Ale tu chrzciny - wódki stawić na stół żadną miarą nie uchodzi. Zaczyna się więc dyskretne pociąganie z piersiówki i coraz natarczywsze pytanie, gdzie jest schowany większy zapas trunków. Jakież to szczeropolskie – bez „rozmownej wody” ani rusz… Czyli kolejny narodowy grzech.

A gdy już wódka otworzyła zgromadzonym na chrzcinach usta, otworzyła je trochę za szeroko… Matka niefrasobliwego ojczulka małego Jasia mdleje i dostaje spazmów, poznawszy wykrzyczaną brutalnie prawdę o swoim synu: że bynajmniej nie robi dwóch fakultetów i nie prowadzi firmy w Londynie, tylko zasuwa „na zmywaku”, a drugi synalek, Nikoś, razem z nim na saksach – został właśnie ojcem małego Murzynka. Gra pozorów, rodzinna „ściema” – skończona. Michaś nie zarobił nawet tyle, żeby przylecieć na chrzciny własnego dziecka. A nawet jak zarobił, to przepuścił.

Ku Stanley’owi wzdycha atrakcyjna sąsiadka, której się marzy Eldorado za oceanem. Nie sentymenty kierują jednak Stanleyem, który dał się zaprosić na chrzciny do rodzinnej wsi. Przyjechał on z myślą, żeby odnaleźć złoto, które Żyd Goldman razem z ojcem jego i Henrysia za okupacji ukrył pod jabłonką w ogrodzie. Ba – ale pod którą? Długi czas minął, a Henryś jabłonki ściął i co tu teraz począć? Nocne eskapady z łopatą do ogrodu w asyście przedsiębiorczej sąsiadki nie przynoszą żadnego rezultatu.

Jedyną osobą, która wie, gdzie Goldmanowe złoto mogło być zakopane, jest babka – pyszna postać na wózku inwalidzkim, okutana w chusty i kocyki. Babka pamięta, co chce, ale głównie drzemie, żeby budzić się od czasu do czasu i poganiać, że „trza do stajni”. Albo zanucić sobie przyśpiewkę z młodych lat lub też krótkim tekstem – czasem nawet na temat – połajać rodzinę. To ona jednak dzierży klucze od stajni, a w stajni właśnie Henryś schował zapas wódki. Babkę więc wywozi Stanley na wózku do ogrodu, żeby pokazała, gdzie jabłonki rosły. Babka pamięta, a jakże, ale tylko pięknego księdza, w którego patrzyły jak w obraz wszystkie panny ze wsi. Nie pomagają ani prośby, ani krzyki. Babce nagle zwisa głowa.

I dopiero wtedy chrzciny zmieniają się w rodzinną awanturę. Właśnie podczas tej głośnej grandy „sprawa się rypła” – to Henryś lata temu złoto wykopał i kupił za nie popegeerowską ziemię. Żonie powiedział, że bratu w ratach jego udział śle. Ale de facto zgarnął wszystko dla siebie. Tak się objawił kolejny grzech główny – chciwość. Teraz już kłócą się wszyscy ze wszystkimi bez oporów.

Powszechna awantura przechodzi jednak w kapitalną scenę śmierci babki. Oto wstaje z fotela, zrzuca chusty. Znów jest młodą dziewczyną w czerwonej sukience, zapatrzoną w pięknego księdza. A ksiądz – jak z obrazka – zmawia i swata młodych, żeby tylko zapowiedzi, wesela i chrzciny były...

Rzecz się kończy tkliwą kołysanką. Śpiewa ją obwiniana za wszystko Magda dla swojego małego synka.

Andrzej Rozmus w burzy oklasków rozbawionej widowni dał się wywołać na scenę, ale szybko umknął. Aplauz zebrali aktorzy za role, które spasowały im jak własna skóra. O tym spektaklu hyr już poszedł i kto nie był na premierze – teraz pyta, kiedy „Chrzciny” będą grane kolejny raz.

Spektakl "Chrzciny"

Fot. Anna Szopińska