Chyżniańskie opowieści

Na pierwszy rzut oka tak odebrałem „Chyżniańskie opowieści”, książkę autorstwa Jana Świdronia i o. Stanisława Wysockiego, z okładką przypominającą przedwojenny sztambuch, czy imionnik. Wydała mi się taka wysmakowana, jak rzadko i miałem rację, nie tylko okładka, ale jak zacząłem kartkować to podobnie: papier, ilustracje, czcionka, w ogóle cały layout. Wyczuwa się pietyzm wydawcy.

W założeniu książka jest niezwykle prosta, zawiera zebrane przez autorów opowieści o wątkach historycznych, kulturowych, ludowych, opartych o orawską wielowarstwowość tradycji z elementami demonologicznymi. Proste aż nadto, bo w większości jest to zbiór ogólnie znanych opowiadań, legend, przekazów, funkcjonujących jeszcze dalece lub z mniejszą intensywnością wśród mieszkańców. Nie mniej wymagały one wywiadów w terenie, bo niestety wśród młodszego pokolenia przekaz jest nazbyt często spłycony, albo niedokładny.

Książka poprzedzona została wstępem o. Andrzeja Mikołajczyka O. Carm., proboszcza chyżniańskiej parafii pw. św. Anny i przeora klasztoru. Trzeba podkreślić, że jest bardzo dojrzałym przeglądem miejscowej społeczności, co pozwoliło odnotować trafne spostrzeżenia, które a jakże, można odnieść do tego cytowanego zdania: „Piyrwi było inacy, nie tak jako dzisiok”. To zdanie odnosi się do całej książki i dobrze się stało, że autorzy na nim nie poprzestali, bo by się zniechęcili. 

Książka składa się z pięciu, a nie z czterech części, jak pisze autor wstępu. Ta piąta – wybiegam do przodu - zatytułowana „Verba volant, scripta manent”, czyli „Słowa ulatują, pismo pozostaje” jest pusta, przewrotnie pusta, zachęcająca mieszkańców do zapełnienia niezadrukowanych kart swoimi wspomnieniami, czy historiami. Dziś jak na nie patrzymy to strony są puste, a jutro? Mogą ożyć! Przedni pomysł, oby to zaproszenie zostało spełnione, oby…

Pierwsza część to spisane legendy i opowiadania; druga zawiera anegdoty, gadki i historyjki z życia wzięte; trzecia pełna jest strasydeł, płónych ludzi, zlynku i carów; czwarta natomiast odnotowuje starodowny przepis na… uprawę chyżniańskiej marchwi, a to wydaje się takie proste, bo wystarczy: prziryktować nosiynie, zasioć, polywać, cekać do jesiyni, wykopać, nakłaś do tocka i zawiyś z naciom do dómu. To wszystko? Nie, nie… byłoby za proste, trzeba utargać nać kciukiem i palcem wskazującym prawej ręki, kręcić w prawą stronę i boże broń nie kręcić marchwią! Zrozumiałe? Jak tak, to dajemy marchew do koszyka i dopiero wtedy znosimy do piwnicy, a jak którą chcemy przechować do wiosny, to przesypujemy piaskiem w drewnianej skrzyni.
Dobrze, kto uważnie przeczytał to zada pytanie, a co z nacią? I tu przytoczę zalecenie, bo jest tak praktyczne, jak wszystkie mądrości w tej książce, cytuję: „Nać dajyme zajoncom, a kie ik ni mome, to krowom, a kie ik ni mome, to dajyme na gnój, a kie gnoja ni mome, to na kupe, kie zgnije, będzie na grzondki pod cosnok abo cebule”. Prościej nie można, prawda?

Jakoś tak mi się widzi, że Jan Świdroń, jako przedni pszczelarz zapatrzył się na tańce pszczół, wybrał pewnie pszczeli taniec wywijany (kto nie wie, co to za taniec niech zapyta Świdronia) i ze swoim towarzyszem poszli w dziedziny, a efekt tegoż zbieractwa odnajdziemy w książce. Wielce jednego chciałbym doczekać, że tak jak niegdyś prof. Karl von Frisch za udział w poznaniu systemu porozumiewania się pszczół dostał nagrodę Nobla, to może chyżnianie obdarzą obu autorów chyżniańskim Noblem? A jak nie to pokłon się należy.

Ryszard M. Remiszewski