jozfryzNOWY TARG. Wyszła drukiem wspomnieniowa książka aktora z Nowego Targu rodem – Józefa Fryźlewicza. Tytuł „Pamiętam" oznacza powrót do lat dzieciństwa i młodości, także refleksję nad całym życiem i polskimi dziejami. W promocji wziął udział inny aktor z pobliża – Piotr Cyrwus.

Historia tej edytorsko dopieszczonej publikacji, która wyszła z Wydawnictwa „Zachylina" dr Anny Mlekodaj, zaczęła się od nowotarskiego poety, Romana Oleksego, który jeździł do Warszawy i nagrywał tam wspomnienia ponad osiemdziesięciodwuletniego teraz aktora, poety i dramatopisarza – Józefa Fryźlewicza „Maziorza". O to, by powstała z nich książka starali się w Nowym Targu jego bratanek, b. burmistrz Marek Fryźlewicz i dr Anna Mlekodaj.

Promocja książki zgromadziła w nowotarskim MOK-u kilkuset zainteresowanych, krewnych znajomych i przyjaciół aktora, lecz musiała się obyć bez niego. Cóż – nogi nie chcą już nosić, wzrok osłabł mimo dwóch operacji... Pomyślał więc Józef Fryźlewicz – artysta scen głównie warszawskich, z mnóstwem ról, także w monumentalnym narodowym repertuarze na swoim koncie - że przemówi do tych wszystkich zgromadzonych z ekranu. I tak się też stało.

- Ciałem już do was nie przybiegnę, ale duszą jestem z wami – zapewniał z ekranu aktor, który całe życie marzył, by spełnić się i pisarsko, lecz zawsze brakowało na to czasu. - I widzę was wszystkich: i was na tej sali, i w mieście. Nogi wysiadły, kolana bolą, doktory mi przepisały kule u nogi, ale na tych trzech nogach, które mi zostały, mogę tylko tak trochę pochodzić koło domu. Przepisały mi i drugie czy, ale – nawet po operacji widzę tylko przez mgłę. (...) Gdyby mi kto teraz kamień z Nowego Targu przywiózł, to bym go traktował jak relikwię...

Za pośrednictwem projektora między warszawskim domem aktora a zebranymi na promocji książki rozwijała się opowieść o życiu naznaczonym tym co Hitler, Stalin, Bierut, Rokossowski uczynili Polsce; o bólu, który w 82-letnim człowieku wywołuje „rozrąbanie" kraju, Podhala, miasta polityczną walką i polskim piekłem nienawiści. Jak wołający na puszczy prosił złamany tym „okrutnym bólem" Józef Fryźlewicz o uśmiech na ludzkich twarzach – znak lepszej nadziei.

Jako lektor fragmentów wspomnień Józefa Fryźlewicza Maziorza, pisanych w formie listów do Marka, został zaproszony nie kto inny, tylko Piotr Cyrwus – co prawda z Waksmundu, ale po nowotarskim Liceum i kolejnych szkołach (jak też już z Nowego Targu „uciekł"). Zaczęło się bowiem to czytanie od nowotarskiego dzieciństwa przyszłego aktora i marzeń, żeby zostawić ojcowską gazdówkę, krowy na pastwisku i wyjechać w świat – choćby na pace przejeżdżającej ciężarówki. Potem były szkolne lata, potańcówki przy gramofonowej płycie, amerykańskie ciuchy kupowane na nowotarskim jarmarku, trochę ekscentryczne ubioru i ten nieuchronny wyjazd do szkół - w Krakowie, Łodzi. Warszawskie sceny, kolejne doświadczenia życiowe i teatralne pochłonęły go na dobre. Aż przyszedł czas, kiedy „Nowy Targ go dopadł...". Od tego zaczęła się wielka tęsknota. I doszła do głosu już w pierwszej wspomnieniowej książce: „Ja, Zgryźlewicz".

Ta druga – „Pamiętam" – jest o rodzinie, przyjaciołach, swoim mieście, minionym czasie. Wspomnienia złotych chwil plotą się z goryczą strat.

Piotrowi Cyrwusowi także – choć o pokolenie młodszy od autora wspomnień - przyszło też odpowiadać na pytanie, czy z rodzinnego miasta w ogóle da się uciec... I mówił, że choćby się brało lekcje u wielu dykcjonistów – szufladkowania uniknąć trudno. A emocje, gdy się znów wędruje znajomymi ulicami, spotyka ludzi – są dokładnie takie, o jakich z wypiekami na twarzy czytał w książce starszego kolegi po fachu.

Nieobecnego autora miał też reprezentować – choć z innej części miasta pochodzi - Roman Dzioboń, który z kolei nigdzie z rodzinnej ziemi nie wybył.

Tłem muzycznym rozsnuwanych wspomnień o latach dzieciństwa, młodości, co trafiła na lata stalinizmu i o późniejszych, aktorskich losach – było koncertowanie młodych instrumentalistów, ale także nagrodzonej m.in. Złotą Tarką grupy „New Market Jazz Band" która przygotowała dla autora i publiczności specjalną aranżację: jazzową wersję „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin..."

Już zupełnie serio, sentymentalnie i refleksyjnie zabrzmiała w finale klezmerska melodia.

A potem ludzie kierowali się do stolika z książkami i stołów z gościńcem. Zamyśleni, bo tak się dzieje, że czyjeś wspomnienia przywołują kolejne, nasze osobiste. I próbujemy coś z zrozumieć z tak dziwnych, trudnych rzeczy jak życie, przeznaczenie, uczucia, własne miejsce na ziemi.

Józef Fryźlewicz: "Pamiętam"

Fot. Anna Szopińska