FB IMG 1592562221724

Za sprawą wypadku, który wydarzył się we czwartek na drodze do Morskiego Oka, ponownie odezwały się głosy krytyczne, co do przewozu konnego w tym miejscu.

Historia przewozu turystów do Morskiego Oka sięga połowy XIX w. Początkowo był to przewóz sporadyczny, związany z niewielką liczbą turystów oraz z brakiem odpowiedniej drogi. Ta, którą dziś poruszają się podróżni, powstała na przełomie XIX i XX w. Dzięki temu, w Dolinie Rybiego Potoku pojawiły się furki góralskie przewożące turystów. Po II wojnie światowej transport konny został zmarginalizowany, wskutek dopuszczenia masowego ruchu samochodowego i autokarowego. W latach 80. dyrekcja TPN-u podjęła decyzję o zamknięciu drogi dla pojazdów mechanicznych, co miało związek z pogarszaniem się stanu tatrzańskiej przyrody. Konie powróciły na drogę do Morskiego Oka.

Obecnie przewozem konnym zajmuje się sześćdziesięciu wozaków z terenu Gminy Bukowina Tatrzańska. Są oni skupieni w dwóch, trzydziestoosobowych grupach. Każda z nich pracuje na trasie przez 15 dni w miesiącu. Trasa przejazdu Palenica Białczańska – Włosienica liczy ok. 7 kilometrów, a różnica wysokości wynosi 320 metrów. Na „fasiągu” jadącym pod górę może znajdować się maksymalnie 12 osób, natomiast w dół może zjeżdżać 15 osób. Podczas postoju, na górnym odcinku trasy, konie muszą odpoczywać przez minimum 20 minut. Wtedy są odpowiednio okrywane, karmione i pojone. Po zjechaniu na dół, na Palenicę Białczańską, zwierzęta są wymieniane. Te, które ukończyły przejazd mają przerwę trwającą minimum dwie godziny. Umieszcza się je w wygodnych, czystych boksach, w miejscu zacienionym. Ponadto konie przechodzą obowiązkowe badania wysiłkowe, które nadzoruje troje weterynarzy oraz hipolog. Mają one również odpowiednią opiekę weterynaryjną przez cały sezon. Dodatkowo, Straż TPN-u przeprowadza na trasie kontrole pod kątem zgodności przewozu z jego regulaminem. Zwierzęta można również zobaczyć w trakcie kuligów, imprez folklorystycznych i sportowych (m.in. „Kumoterskiej Gońby”), czy wesel góralskich. Co warto zaznaczyć, nie są one jednak wykorzystywane do prac leśnych i polowych.  Te zadania już od dawna wykonują ciągniki.

Uważam, że obostrzenia i prawne regulacje były potrzebne, ponieważ w znaczny sposób poprawiły los tych zwierząt. Nie pracują one ponad siły i mają czas na odpowiedni odpoczynek. Dzisiaj jednak mamy do czynienia z sytuacją, kiedy nieliczne przypadki kontuzji, doznanych przez konie, przyczyniają się do ataku na fiakrów. Myślę, że ta sytuacja nosi nawet znamiona hejtu, niestety podgrzewanego także przez niektóre portale ogólnopolskie czy lokalne. Rzadko ktoś decyduje się na to, aby poczytać o tym, jakie są faktyczne procedury. Z tą nieświadomością można spotkać się za każdym razem, kiedy w mediach pojawia się informacja o wypadku na drodze do Morskiego Oka.

Najlepszym przykładem jest ostatnia sytuacja. Nieszczęśliwe zdarzenie stało się powodem do kolejnego, bezpodstawnego oskarżenia fiakra. Konie wystraszyły się przelatującego nad nimi śmigłowca i uderzyły w barierkę. To mogło wydarzyć się wszędzie. Dlaczego więc w tym przypadku wywołuje to takie oburzenie? Dlaczego staje się kolejnym argumentem „za” usunięciem „fasiągów” z tej trasy? Na te odpowiedzi nie mam pytań. Wiem za to, że fiakier, który również wczoraj ucierpiał w tym wypadku, końmi zajmuje się od dziecka i ma do nich ogromną sympatię. Nie wykorzystuje ich do prac leśnych, ani polowych. I co ważne, on również doznał obrażeń ciała, na szczęście lekkich. Gdyby ktoś chciał o niego zapytać…

Tekst. Piotr Kuruc

Fot. Konie Morskie Oko