Jan Zych przy swojej "Etnie"Rozmowa z Janem Zychem – krakowskim fotografikiem uhonorowanym tytułem Best Autor podczas XXXII edycji Międzynarodowego Konkursu Fotograficznego im. Jana Sunderlanda „Krajobraz Górski"

Impreza pod patronatem naszej gazety internetowej PODHALEREGION

- Jest Pan jedynym spośród uczestników Konkursu, który miał szczęście osobiście znać mistrza Jana. Jak wyglądało pierwsze spotkanie?

- To był początek lat siedemdziesiątych. Z prezesem Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego pojechaliśmy do Warszawskiego Towarzystwa z koleżeńską wizytą. Warszawiacy mieli siedzibę przy ulicy Śniadeckich – boczna od Marszałkowskiej. I tam spotkałem Jana Sunderlanda. Był to bardzo kulturalny, wykształcony pan, już podeszły w latach, ale w dobrej formie. Pojawiał się w Towarzystwie, miał też stałą rubrykę w miesięczniku „Fotografia (potem „Foto"). Oceniał tam i recenzował nadesłane prace młodych fotografików.

- ...i jaki był jego stosunek do adeptów tej sztuki?

- Ocen zawsze dokonywał tak, żeby nikogo nie zniechęcić. Naprowadzał, pokazywał drogi. Cieszył się więc sympatią i był autorytetem. Wrażenie, jakie sprawiał, było sumą tego, co robił, co pisał i jak oceniał. Byłem wtedy młodym fotografikiem, który kiedyś też dostał się pod jego ocenę.

- Nie tylko był Pan uczestnikiem wszystkich kolejnych edycji Konkursu Snderlanda, ale też zasiadał w jury, czyli odgrywał podwójną rolę...

- Teraz jest bardzo dobrze, ale na przestrzeni ponad trzydziestu lat Konkurs przeżywał też swoje trudności. Jego losy można porównać do sinusoidy. Pamiętam, jak kiedyś wybraliśmy się do Nowego Targu z prezesem Krakowskiego Towarzystwa, Władysławem Klimczakiem, z misją, żeby ratować ten Konkurs.

- W tegorocznej edycji na wystawie można też – wśród innych nagrodzonych prac - podziwiać intrygującą „Etnę" Best Autora. Jak przeżywał Pan bliskie spotkanie z czynnym wulkanem?

- Zdjęcie było robione w ubiegłym roku, na wysokości ponad trzech tysięcy metrów. Wtedy wulkan nie dymił, ale pod nogami cały czas huczało, dudniło... Potrzebne były buty wysokie, sznurowane, z grubą, solidną podeszwą, bo zastygła lawa jest twarda i ostra jak szkło. Ale Etnę fotografowałem też wcześniej - wtedy nad stożkiem widoczny był obłok. Mieszkańcy tamtych rejonów mówili, że to niechybny znak zbliżającego się wybuchu. Wróciliśmy do Polski i po tygodniu telewizja podała wiadomość o kolejnej erupcji.